RSS
 

solitude

23 wrz

love comes to those who believe it, and that’s the way it is – śpiewa Selyna. właśnie. sęk w tym, że ja już nie wierzę. Kazik (connecting people lepiej niż Nokia) może mi do woli wróżyć z ręki dożycie setki i takie tam. a ja sobie biorę poprawkę.

ćwiczenie pamięciowe: Basia, Kasia, Ania, Jola, Celina, Donata, Krysia, Iwona, Marysia, Kasia, Maria, Iza, Aneta, Iwona, Ewa. jestem mistrzynią.

ostatnio dużo śpiewam. odechciało mi się łazić na karaoke (zresztą nie mam kasy, bo wydawnictwo znowu traktuje mnie jak śmiecia i nie płaci), w domu sobie wyję. do księżyca wyję i do szuflady, bo mówić nie umiem. pisać umiem, papier jest cierpliwy, ekran też, ale co z tego. trzeba jak krowie na granicy, bo inaczej nie ma nic. a mnie okropnie niszczy taki kompletny brak subtelności. can’t you hear my heart beats fast… szybko, ale cichutko bije, takie wyrafinowane… i nikt nie słyszy.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

sekretne życie martwej natury

30 gru

napotkałam dziś w tramwaju świrnięty kasownik. sam z siebie kasował nieistniejące bilety ze średnią częstotliwością rzędu 1,38 sekundy (w nieregularnych odstępach), brzęcząc tak przeraźliwie, że przez chwilę rozważałam przesiadkę do drugiego wagonu. jednak pomyślałam, że 20 minut jazdy jakoś przetrwam.

przedmioty ożywają, a ludzie umierają na potęgę. mijający rok był pod tym względem koszmarny. w styczniu David Bowie i Alan Rickman, rówieśnicy. w czerwcu Janina Paradowska, moje ulubione pióro „Polityki”. w październiku Andrzej Wajda, którego ostatni film wchodzi do kin w połowie stycznia. a już grudzień bije jakiś chory rekord… George Michael, lat 53. Carrie Fisher, lat 60, a dzień później jej matka, Debbie Reynolds, lat 84. wszyscy w okolicy Bożego Narodzenia. ale to jeszcze nic… wielki kawał serca wyrwał mi news o katastrofie samolotu z większością składu Chóru Aleksandrowa na pokładzie. ktoś na fejsie stwierdził, że się temu rokowi okrutnie teraz spieszy, żeby zdążyć jeszcze garść najlepszych zgarnąć, zanim sam odejdzie. a ja na to – niechże się już skończy. może być gorzej, ale może jednak nie tak od razu. równowaga jakaś w przyrodzie musi być.

dla mnie ten rok był mocno ambiwalentny. udało mi się spełnić aż dwa naprawdę wielkie życiowe marzenia. a mimo to nowy rok muszę rozpocząć od leczenia nadwątlonego zdrowia psychicznego, bo sama ze sobą przestaję wytrzymywać. ponadto mam mocne postanowienie jeszcze jednej zmiany na lepsze, ale o tym na razie cicho sza, jak jakieś efekty się pokażą, to może zdejmę pieczęć milczenia.

jutro impreza z radosnymi dziećmi Hiroshimy. a dziś znieczulam się oglądaniem po raz milionowy Chorego Portiera. bo świat kompletnie już ześwirował, o czym wie nawet głupi kasownik w tramwaju.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

syreny całują żarłoczniej

23 lis

„już dawno nie byłam taka samotna, nie ma na to wpływu ta pora słotna…” tłucze mnie się po obrzękłym mózgu ten syreni śpiew z „Córek dancingu” i nijak odczepić się nie chce. żeby było bardziej absurdalnie, za oknem wiosna radosna – słońce oślepia, temperatura każe schować do szafy czapki, rękawiczki i kozaki. pracy mało – za dużo czasu na myślenie. zdecydowanie nie robi mi to dobrze, skończy się zapewne wkrótce pójściem do specjalisty po pigułki szczęścia. jeszcze usiłuję się przed tym bronić, ale ostatecznie po co się tak męczyć. choć z drugiej strony ostatnio znalazłam sobie światełko w tunelu. jako że powieść nadal leży i nie ma siły kwiczeć, odkopałam zeszyty nutowe i wrzucam na dysk skarby ze studiów i pierwszych lat pracy, które jeszcze się tam nie znalazły. a te, które już są, wyeksportowałam hurtem jako pdf-y, żeby się dało na wszystkim odczytać i wydrukować. mam w związku z tym bardzo niecny plan do zrealizowania za jakieś 3 miesiące… finał tegoż jeszcze jakiś rok lub półtora później – o ile wszystko chwyci – zakłada pokazanie światu jednego z tych moich skarbów. a nuż widelec dzięki temu uda się upublicznić inne… nie byłoby źle, gdyby wpadł za to jakiś grosz. acz przy obecnych stawkach autorów wydawnictw muzycznych w renomowanych oficynach czarno to widzę. chyba że wypuszczę na rynek samodzielnie… tylko w takim razie kto to kupi? tak czy siak – twardy orzech do zgryzienia. ale przynajmniej codziennie choć przez chwilę zajmuję obrzękły mózg czymś, co sprawia mi autentyczną radość. co nie zmienia faktu, że… „już dawno nie byłam taka samotna… wieczorami robię się coraz bardziej głodna…” obejrzyjcie ten film. na mnie rzucił ciężki urok, nieprędko się uwolnię.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

kierat

12 kwi

dostałam kolejne ambitne zadanie w pracy. tak ambitne, że już drugi tydzień mózg mi puchnie, a koniec zbliża się boleśnie powoli. robię pierwszą korektę autobiograficznych zapisków Józefa Hena, jednocześnie z tzw. ślepym indeksem, czyli listą nazwisk występujących w tekście – numery stron będzie wklepywał kto inny na samym końcu procesu przygotowania do druku. (notabene od jakiegoś czasu szefowa zarządziła, że w każdym przypadku mają być trzy korekty, a nie jak dotychczas dwie). Szanowny Autor mimo wieku (93 lata) zachował bystry umysł i to coś, co sprawiło, że po kilku dniach obcowania z jego tekstem określam go jednym słowem: miglanc. co nie zmienia faktu, że czasem robi męczący bałagan z istotnymi duperelami – np. zapomina zamknąć cudzysłów, cytując jakąś książkę czy artykuł, albo robi piętrowe dygresje, cudzysłowy w cudzysłowach, nawiasy w nawiasach. zaiste, połapać się w tym to bywa jakaś miszyn imbecybl. zmęczonam przeokrutnie, acz sympatia do Autora wzrasta proporcjonalnie do umęczenia. i do irytacji na szefową, co chce tę książkę „już, natychmiast, na targi w maju ma być”. nie docierają argumenty, że nie tylko Autor, ale i redaktorka mają swoje lata, że jest dużo pracy, trzeba czasu, żeby porządnie zrobić, a nie odwalić fuszerkę jak przy Greyu, żeby czytelnicy zjechali z góry na dół, a krytycy nie zostawili suchej nitki, że dotąd publikował w Wydawnictwie Literackim, a teraz nie miał gdzie, to poszedł do XY (słowa mojej ulubionej koleżanki sekretarz, z którą tym razem absolutnie się zgadzam i zaiste doceniam za bronienie nas na mitingach z szefową). zresztą co to za zestawienie – E L James i Józef Hen! ta pierwsza temu drugiemu co najwyżej buty może czyścić. byłoby miło potraktować Szanownego Autora z należytym szacunkiem, zrobić książkę raz a dobrze i wypuścić dopiętą na ostatni guziczek.

(wyszłam do biblioteki i po chleb, żeby przewietrzyć spuchnięty mózg, i wpadło mi do głowy zbawienne lekarstwo na ów nieznośny obrzęk – muzyka Brahmsa. (Hen zresztą gdzieś go wspomina, słuchał jakiegoś koncertu na Mezzo). dziś zaczynam od II Symfonii, najbardziej „terapeutycznej”, potem pozostałe, ukochane koncerty – oba fortepianowe i skrzypcowy, trochę kameralistyki, Requiem niemieckie. zobaczymy (posłuchamy), czy się Hen z Brahmsem lubią, czy się będą kłócić o moją uwagę!).

p.s. powyższy akapit to, przyznaję, odrobinę sarkastyczna próbka podrobienia niepowtarzalnego stylu Szanownego Autora. ;)

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

gdzie ta wiosna?

07 mar

moja najlepsza przyjaciółka pogrąża się w depresji i nie chce nikogo widywać. jestem bezsilna, na chama jej nie będę ratować ani uszczęśliwiać. 

mój facet pogrąża się w swoim nałogu i po raz czwarty ma w dupie naszą rocznicę. jesienny kryzys i moje podrygi, żeby było lepiej, nie przyniosły żadnych konkretnych zmian, jeśli nie liczyć chwilowej ulgi po mojej ucieczce z domu w styczniu.

moja córka dojrzewa w nierównych podskokach – emocjonalnie jeszcze całkowite dziecko, ale ambitne nadzwyczaj, pracowite jak mrówka i z obłędnymi ocenami. w tym roku szkolnym walczy jak lew o 100% frekwencji, choć od jesieni przeszła ze dwie czy trzy infekcje, które powinna przeleżeć w domu. nadal wzorowo prowadzi świetlicowy klub origami, nabrała już w tym doświadczenia i pewnie znów dostanie nagrodę. wychowawczyni nie może się jej nachwalić i wysyła ją na ogólnopolski konkurs literacki. z polaka jak nic będzie na koniec roku szóstka, z matmy też, bo bierze udział w ogólnopolskich i międzynarodowych konkursach i uzyskuje coraz lepsze wyniki. wygrała ex aequo z dwiema koleżankami szkolny konkurs recytatorski. ja w jej wieku nie miałam nawet ułamka takich osiągnięć, tylko dobre oceny. puchnę z dumy, niedługo pęknę :D

a ja? mam serdecznie powyżej uszu depresji, kryzysów, nierównych podskoków. chcę pisać. research kuleje, znów prolonguję lektury w nieskończoność i nie ruszam ich całymi tygodniami. koniec z tym. i nie ma mowy o tym, że najpierw cały research, a dopiero potem pisanie, bo zwariuję i nigdy nie skończę. dziecięciu piszącemu opowiadanie na konkurs daję takie dobre rady – najwyższy czas samej się do nich zastosować.

 
1 komentarz

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

mad, mad, mad world

14 lis

feralny piątek 13.11.2015, seria zamachów terrorystycznych w Paryżu. w moim wymarzonym Paryżu, w którym nigdy nie byłam. pomału zaczynam spełniać takie marzenia, jest już niecny plan na najbliższe urodziny. strach się bać.

Ami siedzi dziś pół dnia na ASP, ma dwa półtoragodzinne seminaria. na pierwszym zrobią instalację graficzną – makietę fragmentu miasta, a na drugim lampiony z wymyślonymi, baśniowymi roślinami i zwierzętami. dziecię szczęśliwe jak pchełka w sierści nowofundlanda, mama też – mimo wrzeszczących cały dzień serwisów informacyjnych, a może raczej im na przekór. w ten słoneczny dzień przepięknej jesieni mam już w nogach niecałe 5 km, które przeszłam do ASP i z powrotem, i przez całą godzinę marszu myślałam wyłącznie o tym, jak jest pięknie i jaka jestem szczęśliwa. niedługo czeka mnie powtórka po zmroku, dziecię trzeba odebrać, a tatuś z autem nieczynny. już się cieszę na kolejny godzinny spacer i błogie niemyślenie. takie trochę też na przekór kryzysowi w związku. całkiem niedawno (lepiej późno niż wcale!) doszłam do wniosku, że chwile szczęścia nie mają w moim życiu niemal nic wspólnego z miłością do facetów – na tej niwie są zgniłe kompromisy i przeklęty demon obowiązku, który zagnieździł mi się w mózgu tak głęboko, że ciężko go czasem olać. zostają mi rzeczy robione samotnie, wyłącznie z myślą o sobie – jak ostatni weekend w Krakowie z muzycznym projektem w tle i wyprawa do kina na „Sufrażystkę” i „Demona” przedwczorajszego wieczora, czy też te, które gdzieś tam siedzą z tyłu głowy i będę je pomału w miarę możności odhaczać. a do tego szczęście, które dzielę z moją córką – ulotne, ale boskie, nic temu nie dorówna, jej uśmiech od ucha do ucha i błyszczące oczy to jest odbicie absolutu.

czas się zbierać na spacer. znicz i wianek dla Francji, a dla mnie godzina bezmyślnego szczęścia. tylko czasem z tyłu głowy się odezwie ta pieśń, którą pewnie niedługo sama w końcu zaśpiewam i którą wam zostawiam.



 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

sezon na kleszcze

27 lip

dziś rano odfajkowałam kolejną odsłonę mojej rzekomej boreliozy. ciągnie się to niemożebnie – od jesieni zeszłego roku, kiedy dostałam skierowanie po wykryciu przeciwciał we krwi, czekałam na pierwszą wizytę do 30 marca, wcześniej nie było terminów. dziś po powtórzeniu standardowych badań i wizycie trwającej dosłownie 5 minut umówiono mnie na 8 października z zaleceniem wykonania 2 tygodnie wcześniej dokładniejszych badań – i to będzie najpewniej koniec mojego „leczenia”… ale nie o to, nie o to.
wczoraj, w samiusieńkim środeczku sezonu ogórkowego, pojechałam na dyżur. koncert był w kościele św. Anny – imieniny, odpust, ludzi mnóstwo. flet i harfa – znakomite dziewczyny, każda z osobna wirtuoz, a razem czarowały wprost do omdlenia… flecistkę, Alicję Lizer-Molitorys, pamiętam jeszcze z liceum, była 2 klasy wyżej. o pokolenie młodszej harfistki, Anny Scheller, nie znam osobiście, widziałam ją tylko na kilku występach w okolicy naszej Alma Mater. na Alę zawsze patrzyłam z przyjemnością – oprócz tego, że wydobywa ze swojego fletu dźwięki czyste jak kryształ, porusza się na estradzie z ogromną gracją. Ania jest młodą mężatką w widocznej już ciąży – z tą swoją burzą drobniutkich loków wygląda zachwycająco. program idealny na leniwe, gorące popołudnie – muzyka francuska późnego romantyzmu. do tego całość okraszona komentarzem osoby, która jako prelegent jest dla mnie wzorem. pani Lilianna Moll, wieloletnia dyrektor biblioteki katowickiej Akademii Muzycznej, autorka i redaktorka niezliczonych publikacji – o muzyce zawsze mówi bardzo emocjonalnie, z emfazą, posługując się nieodzownymi, dobranymi ze smakiem cytatami i skutecznie zarażając publiczność swoim powściągliwym entuzjazmem prawdziwej damy… oprócz duetów były też występy solowe – Ala zagrała słynną Syrinx Claude’a Debussy’ego, a Ania Źródło Alphonse’a Hasselmansa i Elegię na śmierć pasterza Bernarda Andrèsa. mimo narzekania, że muszę w taki gorąc jechać autobusem z biednymi, więdnącymi różami i mimo okropnie niewygodnej, wrzynającej się w plecy ławki spędziłam w chłodzie kościelnych murów wyjątkowo rozmarzoną godzinę. i wszystko byłoby cudnie, gdyby nie kleszcz, który uczepił się mojej przegrzanej mózgownicy tak skutecznie, że trudno mi było zasnąć mimo perspektywy porannego wstawania i kolejnej jazdy autobusem do lekarza. tym kleszczem okazał się uroczy drobiażdżek, taka, chciałoby się wręcz rzec, duperela, takie pozornie muzyczne nic – Siciliana op. 78 Gabriela Fauré. tenże jegomość wydaje się być arcymistrzem takich właśnie niepozornych błahostek, które wyjątkowo skutecznie, że się tak kolokwialnie acz adekwatnie wyrażę, ryją banię. jego Pawana op. 50 prześladowała mnie bardzo długo po pierwszym usłyszeniu… zresztą ta muzyka zdaje się wprost jak uszyta na miarę dla harfy, niezależnie od oryginalnego składu wykonawczego. Sicilianę grywa się często na wiolonczeli z akompaniamentem fortepianu, z kolei w wersji na wiolonczelę z harfą właśnie mam na składance płytowej jedną z 3 pieśni op. 7Après un rêve, rzecz pozaziemskiej zaiste urody… cóż jeszcze mogę rzec? chyba tylko to, że mimo odżegnywania się od tego faktu na rozmaitych życiowych płaszczyznach, przynajmniej muzycznie romantyzm jest bezsprzecznie moją estetyczną i duchową ojczyzną. i tyle – macie teraz kleszcza w wersji nieoryginalnej, wczorajszej, lipcowej, leniwej… ciekawe, czy kogoś też się uczepi tak uporczywie jak mnie.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

z pamiętnika polskiego obywatela

24 maj

po I turze tegorocznych wyborów prezydenckich napisała na facebooku jedna znajoma, że wybór między dwoma kandydatami startującymi w II turze to jak wybór między kiłą a rzeżączką. zaiste, utrafiła w samo sedno.

czytałam jeszcze potem i słyszałam sporo sarkastycznych komentarzy mówiących o tym, jak pokazać szanownej władzy oraz większości społeczeństwa (bo tak wybrali, że my, mniejszość, teraz nie mamy wyboru!) środkowy palec. najwięcej było wariacji na temat twórczości na kartach do głosowania – propozycje, by pod dwoma dostępnymi nazwiskami dopisać swoje własne i przy nim postawić krzyżyk, bądź też uraczyć szanowną komisję wyborczą erupcją talentu plastycznego… itepe. uśmiechałam się na myśl o tym, że całkiem sporo ludzi myśli jak ja i też ma już serdecznie powyżej „polskiej demokracji”.

dziś z wielkim bólem serca, grzecznie i bez ekscesów zagłosowałam na rzeżączkę. kiły reaktywować nie zamierzam, nawet w chwalebnym celu rozpieprzenia tego całego bajzlu w drobny mak – niechaj pozostanie w odmętach historii, gdzie jej miejsce. zawsze łatwiej walczyć z wirusem nieco lepiej przystającym do tych ciekawych czasów, kiedy ludzkość znajdująca się na szczycie krzywej geometrycznego postępu cywilizacji galopuje z prędkością światła nie wiadomo dokąd – ku rychłej zagładzie czy też ku świetlanemu „złotemu wiekowi” globalnego pokoju i dobrobytu… istnieje jeszcze jakiś złoty środek między tymi dwoma biegunami???

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

wehikuł czasu

17 maj

przedziwnie się czasem plecie. bilet na dzisiejszy koncert w NOSPRze kupiłam online już jakiś czas temu. gdy zobaczyłam nazwisko solisty, wiedziałam, że muszę tam być. wybrałam miejsce z przodu, tuż przy scenie – żeby widzieć z bliska moją prywatną legendę. to przez niego mój jedyny twardy młodzieńczy bunt skończył się porażką. rok przed maturą moja Pani Profesor, której tak wiele zawdzięczam, gdyż pożyczyła mi na dwa lata własny instrument, żebym miała na czym grać – otóż Pani Profesor zadała mi do grania na egzamin I część Koncertu C-dur Haydna. stwierdziłam z całą mocą, że nie będę tego grać. zaparłam się na amen. na wszystkie logiczne argumenty miałam tylko jedną kontrę – nigdy nie będę wiolonczelistką, nie pójdę studiować na wydział instrumentalny i w związku z tym nie będę się katować czymś, co do tego stopnia mi nie leży. Pani Profesor pozornie skapitulowała, powiedziała: dobrze. a na następną lekcję przyniosła mi nagranie wideo z Nim i poprosiła: zobacz, posłuchaj. gdy zobaczyłam i usłyszałam Miklósa Perényi grającego ten koncert z jakąś orkiestrą, której nie pamiętam, szczęka opadła mi do Rowu Mariańskiego. cóż ten knypek wyprawiał z instrumentem! (dziś się naocznie przekonałam, że wcale nie jest niski – wrażenie takie powstaje, gdy pochyla się nad wiolonczelą w trakcie grania.) z jakim ogniem, polotem, finezją i niewyobrażalną precyzją grał ten tak dla mnie nudny utwór, który dotąd słyszałam jedynie w wykonaniach koleżanek i kolegów z liceum! poległam z kretesem. Pani Profesor po raz kolejny, ostatecznie udowodniła, jakim jest mądrym pedagogiem. na kolejnej lekcji posypałam głowę popiołem i skruszona wydukałam: zagram. podczas żmudnych ćwiczeń sięgałam do nagrania wielokrotnie, co rusz odkrywając nowe frapujące szczegóły. zakochałam się nie tylko w mistrzowskiej interpretacji wirtuoza, ale w samym utworze. z egzaminu dostałam piątkę – jakimś cudem nagle się okazało, że mało było dotąd utworów, które tak doskonale mi leżą.
po niemal 20 latach zobaczyłam dziś na estradzie jednej z najlepszych sal koncertowych świata starszego pana, który kłaniał się z niejakim trudem, ale nie stracił nic z nerwu wirtuoza – jedynie zyskał głębię i szlachetną prostotę, która przychodzi po latach zadziwiania techniką. gdy grał solo III Suitę Bacha (którą w całości przygotowałam na egzamin wstępny na teorię muzyki – niejako w zastępstwie programu na obowiązkowy na tym kierunku fortepian, na co władze wydziału zgodziły się w drodze wyjątku!), mój puls i oddech oderwały się od biologicznej bazy, przestawiając się całkowicie na puls i oddech muzyki. przy próbie ubrania wrażeń w słowa jedyne, co mi przychodzi do głowy, to użyte już określenie – szlachetna prostota. może jeszcze nieskazitelna precyzja. co ciekawe, części Suity były przeplatane częściami Kwartetu Officium breve in memoriam Andreae Szervánszky György Kurtága w interpretacji Kuss Quartett. zderzenie dość szokujące, co potwierdziły zasłyszane podczas przerwy we foyer zniesmaczone uwagi. mnie to zderzenie zaskoczyło pozytywnie. poczułam się przeniesiona w świat sprzed wieku czy dwóch, kiedy programy koncertów układano bez żadnego szacunku dla odrębności muzycznych gatunków czy nawet integralności utworów wieloczęściowych – najpierw szła, dajmy na to, część sonaty na fortepian, potem kilka pieśni z towarzyszeniem tegoż, następnie jakieś fragmenty tria stroikowego, a na koniec orkiestrowy poemat symfoniczny, wszystko wybrane z repertuaru twórców rozmaitych… dziś koncept ten przycięto do obecnej praktyki grania utworów w całości, wyraźnego rozdzielania, czasem stopniowania gatunków i względnej homogeniczności warsztatu prezentowanych autorów – powstał warkocz spleciony z dwóch cyklicznych dzieł twórców odległych czasem o ćwierć milenium, a estetyką o kilka dobrych galaktyk… dla mnie – objawienie, tym bardziej, że pod koniec nie dało się nie usłyszeć sensu tego zamysłu – Bach cały w C-dur, a ostatnia część kwartetu Kurtága mocno oscylująca wokół ewidentnego centrum dźwięku c.
jednak zanim zabrzmiał ów fascynujący warkocz, Kuss Quartett, zespół doskonale „równouprawniony” z lekkim przechyłem ku emancypacji (I skrzypce i altówka – panie, II skrzypce i wiolonczela – panowie), na początek koncertu wykonał Kwartet D-dur zwany „Żabim” tak przeze mnie dawniej nielubianego, a dzięki poskromieniu buntu odkrytego Papy Haydna :) doskonały przykład bogactwa inwencji starego nudziarza, w znakomitej, ognistej interpretacji strzelającego fajerwerkami przaśnego poczucia humoru.
po przerwie gwóźdź programu. artyści już nie osobno, a wespół, by mógł zabrzmieć łabędzi śpiew Franka Schuberta – jego genialny Kwintet C-dur. Perényi przyjął odpowiedzialną, acz służebną rolę drugiego wiolonczelisty, partię stanowiącą fakturalną podstawę całości. wiolonczelista kwartetu czarował pięknymi solówkami, a solista-wirtuoz pokornie dźwigał na barkach całą rozszalałą resztę… choć miał co grać, nie wychylił się ani na milimetr, wtopił się w zespół idealnie. banał sam się ciśnie na usta – tylko najwięksi tak potrafią…
po tej uczcie przefrunęłam przez ciemniejące i zimne miasto, zupełnie nie czując w nogach 3 kilometrów pokonanych drugi raz tego dnia. zaiste, wehikuł czasu bywa konieczną odskocznią od skrzeczącej szarej rzeczywistości… :)

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

kronika przypadku rozwiązania umowy z gigantem telekomunikacji – finisz

11 maj

30 kwietnia, nazajutrz po poprzednim wpisie
zmitrężyłam dwie godziny, żeby odebrać pismo awizowane na starym miejscu zamieszkania, o czym ciężko na nas obrażona właścicielka o dziwo raczyła mnie poinformować smsem. moja wina, nie sprawdziłam godziny otwarcia tamtejszej poczty, święcie przekonana, że musi być od samego rana, i pojechałam tam natychmiast po odprowadzeniu dziecka do szkoły na 8.00. błąd, poczta czynna od 9.00. zdążyłam podskoczyć do pobliskiego Lidla, żeby nie umrzeć z nudów i zakupić na pocieszenie coś słodkiego. jakież było moje zdumienie, gdy po otwarciu poczty odebrałam pismo od szanownego giganta telekomunikacji… wściekłam się nieziemsko. pismo wysłane na stary adres 23.04, tydzień po zdaniu lokalu, mimo że już w zgłoszeniu z 9.04 nowy adres był podany. a w piśmie wszystko, co już wiem, w dodatku nieaktualne – informacja o odrzuceniu reklamacji w związku z brakiem poświadczenia prawa do lokalu w nowym miejscu, co zostało nadrobione dokładnie tego samego dnia, którego pismo zostało wysłane. paranoja.

4 maja
zeszło mi nieco ciśnienia, albowiem podczas majówkowej parapetówy wlałam w siebie morze mocnego alkoholu, który skutecznie wytrawił mi z organizmu hektolitry kwasów. walczymy dalej ;> luby dziś też już trochę nie wytrzymał, gdyż po dodzwonieniu się na infolinię otrzymał informację, że w systemie nie ma żadnej rezygnacji z usługi, ta z 22.04 zwyczajnie nie została wprowadzona. uuu… działamy online. w panelu klienta wysmażyłam na przemiłego pana z salonu, który tak ładnie ze mną smsował 29.04, skargę treści następującej:

W związku z błędem pracownika Państwa firmy, [imię i nazwisko] z salonu [adres], który nie wprowadził do systemu rezygnacji z usług na podstawie oświadczenia z dnia 22.04.2015, proszę o anulowanie faktury na kolejny okres rozliczeniowy przypadający na maj 2015 r. Zgłoszenie reklamacyjne zostało wprowadzone do systemu w dniu 04.05.2015 przez panią [imię i nazwisko] po kontakcie na infolinii. Za dzień rezygnacji z usług uważam dzień dostarczenia oświadczenia, tj. 22.04.2015, i jednocześnie składam skargę na obsługę w salonie [adres] w osobie pana [imię i nazwisko] w związku z niedopełnieniem przez niego obowiązków. Z poważaniem [ja]

8 maja
wiadomość otrzymana dziś o godzinie 18.34: „Witamy, przesyłamy e-fakturę za usługi stacjonarne w [nazwa giganta] za maj 2015 r. bla bla bla etc.” omal nie dostałam zawału.

10 maja
przez kilka dni sprawdzałam status zgłoszenia – a raczej dwóch zgłoszeń, pierwszego z infolinii, drugiego w postaci powyższej skargi. urzędowy termin rozpatrzenia – 30 dni, deklaracja giganta – „staramy się wszystkie reklamacje rozpatrywać w ciągu 14 dni”. zatem kilka razy zobaczyłam ten sam status – „w realizacji”. chyba jednak tym razem się zorientowali, że wcześniej drastycznie przegięli, albowiem po wejściu do panelu późniejszym popołudniem zobaczyłam zmianę: w przypadku zgłoszenia przez infolinię – „zrealizowane Pozytywnie” (!), a w przypadku skargi… no cóż, nie miałam za bardzo siły kolejny raz się wściec: „Anulowane. W celu uzyskania szczegółowych informacji skontaktuj się z Doradcą.” bezczelne sukinsyny. luby cierpliwie zadzwonił na infolinię, by dopytać, czy pozytywne rozpatrzenie zgłoszenia z 4.05 oznacza, że możemy zdać sprzęt. TAK!!! poszło pismo w tej sprawie, dotrze w tygodniu, albowiem w (wyborczą) niedzielę poczta nie pracuje (warto zaznaczyć – a infolinia giganta pracuje!!!).

dziś
czwarta i ostatnia wizyta w salonie BYŁEGO usługodawcy. nie poszliśmy do tego samego salonu co trzy poprzednie razy, co to, to nie ;> wybraliśmy lokal w samym centrum miasta, dwupoziomowy, z kilkunastoma stanowiskami obsługi. przemiła pani ze stanowiska INFO na dzień dobry zabrała sprzęt do magazynu celem sprawdzenia kompletności zestawu. po kilku minutach poinformowała nas, że brakuje jednego kabla. wysłuchała uprzejmie wyjaśnienia lubego, że tegoż nie dostaliśmy przy instalacji, po czym jeszcze uprzejmiej podkreśliła, że mimo to nie mogą przyjąć zestawu bez tegoż. zatem luby pobiegł do pobliskiej galerii i zakupił tenże w cenie 9 PLN. w związku z tym przeszła nam kolejka, przemiła pani poprosiła do zwolnionego stanowiska 3 osobę o numerze na liście oczekujących wyższym niż nasz dosłownie minutę przed powrotem lubego z rzeczonym kablem. może to i lepiej, albowiem za kilka minut trafiliśmy pod skrzydła przemiłego pana na stanowisku 13 (!). wszystko poszło gładziuchno, pan wyraził nawet ubolewanie nad niekompetencją swego kolegi z salonu odwiedzanego trzykrotnie. był wręcz tak usłużny, że wydrukował nam kopię pisma, które ma przyjść do nas pocztą, aby nam pokazać czarno na białym, że to już koniec naszej gehenny i nawet po korekcie dwóch ostatnich faktur (kwietniowej i nieprawnie wystawionej majowej) dostaniemy zwrot nadpłaty w astronomicznej kwocie 23,23 PLN! zaiste, po powrocie do domu zastaliśmy w skrzynce oryginał tegoż pisma z dołączoną kopertą zwrotną i gotowym do wypełnienia szablonem wniosku o przeksięgowanie nadpłaty, do wyboru trzy opcje: na konto abonenckie w systemie giganta (odpada z wiadomych względów ;>), przekazem pocztowym na adres (odpada, staroświeckie) bądź przelewem na podany numer konta bankowego (o, to, to!). wypełniwszy pieczołowicie tenże wniosek i zakleiwszy kopertę z opłatą przerzuconą na adresata, mogę wreszcie z niebotyczną ulgą oznajmić: ALLELUJA! KONIEC! :D

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 
 

  • RSS